„cały pic polega na tym, żeby te dziesięć lat później nadal trzymać się za ręce”

Tak przebiegle zaczęłam cytatem z samej siebie ;). To fragment posta, którego znajdziesz TUTAJ
Dla mnie ten tytuł to kwintesencja miłości. Nie piszę prawdziwej miłości, bo nie widzę sensu dzielenia tego uczucia na prawdziwe czy też nieprawdziwe. Miłość jest albo jej nie ma. Nie można kochać trochę. Ale można miłość pomylić z czym innym. Na przykład z zauroczeniem, pożądaniem, zakochaniem.

Znacie przepis na trwały, udany związek?
Nie sądzę, żeby takowy istniał. Przepis, nie związek;)

Istnieją jednak pewne podstawy, bez których prędzej czy później każdą relację trafi szlag. Nawet jeśli nie, i para wciąż będzie razem, nie będzie to układ satysfakcjonujący. Albo dla nich obojga, albo dla jednego z nich. To takie miłosne cegiełki. Cegły właściwie. Elementy będące składową pewnej całości. Niektóre pojawią się z czasem, inne zmienią – w miarę upływu lat – swoje natężenie. Ale nie warto ich ignorować. Od razu zaznaczę: mowa o zdrowych relacjach (te przedstawione w „365 dni” zdrowe nie są) i monogamicznym związku opartym na zaufaniu.

PARTNERSTWO

Nieodmiennie mnie dziwi, gdy słyszę od znajomych, że czegoś im nie wolno, bo partner się na to nie zgadza lub odwrotnie, ten ktoś znajomy nie pozwala na coś swojemu partnerowi. Najczęściej przy okazji motocyklizmu.
Wiecie ile razy już słyszałam: „Jak ty możesz pozwolić mężowi na takie wyjazdy?!”, „Ja już dawno zabroniłam”. Kiedyś regularnie jeździliśmy razem, co zdaniem niektórych pań było niezwykle mądrym posunięciem. Przecież musiałam męża, czy też jeszcze-nie-męża, pilnować. Sam by się nie upilnował, to chyba logiczne. A jak dziewczyny nie jeżdżą, to partner musi pożegnać się z hobby. Prosta sprawa. I niejeden się żegna. W imię miłości oczywiście.

Szczerze? Dla mnie przerażające. Nie wyobrażam sobie, że miałabym mężowi czegoś zabraniać. A nawet gdyby, to nie sądzę, żeby się tym przejął. Podobnie jak ja. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie sytuacji (o matko, ależ ja mam ograniczoną wyobraźnię!), że on zabrania czegoś mnie, na przykład wyjazdu z przyjaciółką na weekend. Jesteśmy wolnymi ludźmi i mamy wolną wolę. I jesteśmy wobec siebie uczciwi.

Takie zakazy, w moim odczuciu, nie wynikają z miłości. Chyba, że własnej. Raczej kojarzę je z egoizmem, myśleniem o sobie i strachem. Owszem, strachem o tę ukochaną osobę.
Ale tak szczerze: o to, czy stanie się JEJ krzywda, czy że to JA będę cierpieć? Dlaczego ukochany/ukochana ma rezygnować z czegoś, co jego/ją uszczęśliwia? Zresztą są lepsze sposoby, by odwieść drugą stronę od jej pomysłów czy nakłonić do zmiany planów, niż zakaz.
Poza tym – zakazany owoc korci;)

ROZMOWA

Sposób moim zdaniem najlepszy. Rozmowa – spokojna, poparta konkretnymi argumentami. Jesteśmy dwiema odrębnymi jednostkami, dwiema różnymi osobowościami. Będąc razem, oczywiste jest, że będą sprawy, w których będziemy musieli znaleźć konsensus. Z mojego punktu widzenia rzeczowa rozmowa jest jedyną sensowną metodą na dojście do porozumienia. Wymuszanie, płacz, szantaż, stawianie pod ścianą – mijają się z celem. Osiągniesz efekt, on Ci przytaknie. I co z tego? Zrobił to pewnie dla świętego spokoju. A nawet, jeśli dotrzyma słowa, prędzej czy później będzie miał do Ciebie żal. Chyba, że tak naprawdę za bardzo mu nie zależało.

Im mniej tematów to rozmowy, tym gorsze rokowania. Nie mówię o początku związku, rzecz jasna, oj nie;). Ale mijają lata, rodzą się dzieci, wokół Was rzeczywistość – szara czy może bardziej kolorowa. Wspaniale jest, gdy możecie i chcecie wciąż wspólnie spędzać czas. Rozmawiać. Dyskutować. Przekonywać się nawzajem. Opowiadać. Uzgadniać wspólne stanowisko. Dzielić się. Planować. I to nie remont kuchni czy wizytę u ciotki. Owszem, też. Ale chodzi o to, by nie zabrakło Wam wspólnych tematów, by rozmawiać o świecie w szeroko pojętym znaczeniu tego słowa. My wciąż możemy godzinami. I to jest piękne.

ZAUFANIE

Od dwójki znajomych usłyszałam coś, co mnie ubawiło i nawet niespecjalnie zdziwiło. Otóż oberwało mi się za zachwyt nad… gołą klatą Jasona Momoa (tak było, owszem, tutaj ;))

O co chodziło konkretnie? Jak to o co? Jak ja mogłam zrobić TO mężowi?! To znaczy co, bo nie rozumiem..? Jak to CO?! Przyznałam się, że podoba mi się obcy facet. Publicznie! Przecież to chore. Prawie jak zdrada!
Ups…
Się porobiło… Na szczęście padło takie małe słówko prawie, a jak wszyscy wiemy prawie czyni różnicę. Kurczę, nie wiedziałam, że byłam tak bliska upadku. Na szczęście mój mąż też tego nie wie;) Za to ja wiem, że w jego oczach nie narodziła się jeszcze następczyni Anny Nicole Smith (nie, no z wyjątkiem mnie, oczywiście ;D). I zupełnie mi to nie przeszkadza. Ktoś powie, że to dlatego, że te przystojniaki i piękności są (czy były…) zupełnie niedostępne, więc nie ma niebezpieczeństwa. Hmm… To może powinnam przypilnować własnego podwórka i zadbać, żeby chłop dobierał sobie brzydsze asystentki..? Bo nie dość, że ładne, to jeszcze bestie, inteligentne. I sympatyczne. Poza tym jak on mógł mi pozwolić pracować z tyloma facetami? I jeszcze jeździć z nimi na szkolenia. Kilkudniowe. I chodzić na masaże do boskiego pana Rafała. Niepoważne, naprawdę. Naiwne do bólu.

Wiecie co słyszę? Hey.

Do pracy
Nie mogę puścić Cię nie, nie
Tam tyle kobiet
Każda w myślach gwałci Cię
Złotą klatkę sprawię Ci
Będę karmić owocami
A do nogi przymocuję
Złotą kulę z diamentami

Kochani… Jak ktoś chce kogoś zdradzić, to to zrobi. Czy będzie się go pilnowało, czy nie. To nie jest kwestia smyczy i zakazów. To kwestia miłości, która współgra z zaufaniem, uczciwością i szczerością. Po prostu. A flirt nie jest zły, chyba, że komuś myli się z romansem.
PS. Klata mojego faceta i tak podoba mi się najbardziej. O!

POŻĄDANIE

Napisałam wcześniej, że niektóre elementy zmieniają swoje natężenie. Do nich należy pożądanie. Jak to wygląda na etapie zakochania, nikomu mówić nie muszę. Króliczki Duracell się chowają. Głęboko;) Można zawsze i wszędzie, żaden pretekst nie jest potrzebny. Potem powoooli temperatura spada. Najczęściej: bo dziecko. Oj, wtedy bardzo spada. Potem znowu się podnosi. Potem drugie dziecko. A potem, jak się nałoży praca, dzieci, dom, kilogramy, to… eee… licho.

Na szczęście dzieci rosną, człowiek zaczyna się wysypiać, wraca chęć do życia. I wraca ochota na seks. Jest świetny sposób, by znowu był to seks ze znakiem jakości. Jaki? Wystarczy sprawić, by było tak samo, jak na samym początku związku.
Żarcik. Nie da się.
Bo nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Bo jesteśmy na innym etapie życia, a nasza miłość jest bardziej dojrzała. Wyewoluowała, że tak to ujmę.
Pomyślmy więc, co to było to coś? Urok nowości. Nieznanego. Tajemnica. Poznawanie się. Czas tylko dla siebie. Pokazywanie się partnerowi z jak najlepszej strony, niczym Instagram na żywo.
Teraz znamy się jak łyse konie, widzieliśmy się w najróżniejszych dziwnych sytuacjach; poza tym musimy kombinować, bo dzieci. Nie da się.
Wcale nie, bo się da! Trzeba tylko trochę chcieć.
Udany seks zaczyna się w głowie. I jak ktoś chce, to czas i miejsce, choćby na szybki numerek, znajdzie zawsze;)
Potem będziecie mówić: dlaczego tak rzadko?! I zaczniecie częściej:)
Umawiajcie się na randki. Kupujcie seksowną bieliznę (o gadżetach nie wspomnę:)).
Wyjedźcie gdzieś raz po raz we dwoje (TYLKO we dwoje, podkreślam). Niech to będzie nawet w piątek po pracy, wrócicie w sobotę po późnym śniadaniu. Opiekę na pewno jakoś da się zorganizować. Aha, ważna rzecz: na ten wyjazd nie zabierajcie domowych problemów. Oderwijcie się od nich. Nie uciekną, spokojnie.
Scarlett O’Hara wiedziała co mówi.

SZACUNEK

Oczywiście, że się kłócimy. Aż wióry lecą:) Gdy się nad tym zastanowić, zazwyczaj zapalnikiem jest jakaś totalna bzdura. Nieporozumienie wynikające z różnych stylów komunikacji. Komunikacja – rzecz nie do przecenienia. Powiesz coś, wydaje Ci się, że jasno – a on Twoje intencje zrozumie zupełnie na opak albo uzna, że walisz niesportowo między oczy. I trafi kosa na kamień.
Tu znowu widać, jak pewne rzeczy zmieniają się z czasem.
Na początku związku, kiedy byliśmy dla siebie chodzącymi ideałami, jeszcze-nie-mąż zachwycał się moim, jak to ujął, męskim pierwiastkiem. Że od progu bezwstydnie mówię mu czego chcę. Że nie istnieją w moim w słowniku wyrażenia o nic i domyśl się. To jest piękne, proste i jasne. Taaa… Było, przez pierwsze dwa lata. Dopóki po raz pierwszy się nie pokłóciliśmy:)

Kłótnia nie jest zła. Źle jest, gdy ludzie się nie szanują. Wymiana poglądów, nawet ostra i głośna, to uwolnienie emocji. Nie warto dusić ich w sobie, ciche dni to nie jest wyjście. Owszem, rzeczywiście, niejeden człowiek potrzebuje więcej czasu, by ochłonąć, złapać oddech, nabrać dystansu. Ale ten drugi może o tym nie wiedzieć, więc będzie narastała w nim frustracja i wściekłość, bo odbierze Twoje milczenie jako demonstrację.
Znowu kłania się rozmowa. Ale dopiero, gdy już się da, gdy opadnie trochę bitewny kurz. Argumenty jednej strony, argumenty drugiej strony. Bez deprecjonowania interlokutora.
Z szaconkiem, bo się może skończyć źle, jak u Grzesiuka.

Nie warto obrażać się nawzajem, dawanie sobie po pyskach to kiepski pomysł. O rękoczynach nawet nie wspominam, bo tu mam podejście zero-jedynkowe, czyli This Is the End.
Krytykujcie zachowanie, nie osobę. Miejcie odwagę przyznać się do błędu. Przepraszajcie. Wybaczajcie. Wyciągajcie wnioski.
I kochajcie się dalej;)

***

Coś jeszcze przyszło mi do głowy. Owocowego. Tak pół żartem, pół serio:
Czy dwie połówki pomarańczy muszą być identyczne, żeby owoc był smaczny i soczysty?
Według mnie raczej powinny się uzupełniać, jak puzzle. Yin i yang, Nie wydaje mi się, żeby związek z niemal identyczną osobą był satysfakcjonujący. Chyba za dużo byłoby w nim przewidywalności. I co za tym idzie – nudy. Nuda może zaorać każdą relację. A gdy czasem trochę zaiskrzy, od razu zrobi się goręcej:)

aby trzymać się za ręce Kogel Mgel Blog  Masza Grander

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *