Absolwentka zarządzania, specjalistka w zakresie rachunkowości, z kilkunastoletnim stażem w biznesie. Z uprawnieniami różnej maści, dumnym CFO na wizytówce, mile łechczącym ego i portfel przy okazji. Tak było. Niemal całe dorosłe życie zajmowałam się podatkami, dotacjami, controllingiem itd., itp., etc. – ogólnie mówiąc doradzałam w kwestiach finansów. Organizowałam działania firm. Szkoliłam pracowników. Żyłam według planera, pod dyktando terminów, z wiecznym: Przepraszam, nie mam czasu, muszę (…) – tu wstawić według uznania. Nie miałam czasu dla przyjaciół, rodziców, znajomych. Córka siedziała w szkolnej świetlicy aż do jej zamknięcia, a opiekunka synka wychodziła od nas po zmroku. Mimo to starałam być jak najbardziej obecna w życiu dzieci, więc w weekendy – zamiast romantycznie spędzać czas z mężem – padałam na nos. Zaczynało do mnie docierać, szczególnie wtedy, gdy czasem szwankowało zdrowie, że godzenie roli bizneswoman, mamy, żony i gospodyni domowej jest dość karkołomne. Mimo to taki tryb życia mi odpowiadał. Albo po prostu stołek w zarządzie był zbyt wygodny, by cokolwiek zmieniać. Owszem, coś tam uwierało w cztery litery, ale miałam bogate plany zawodowe, intratne propozycje, po głowie chodził mi doktorat, a w pracy namawiano mnie na MBA.
Aż któregoś dnia wszystko trafił szlag.
Nasz dwuletni wówczas synek zachorował.
Trafiliśmy do szpitala i… zostaliśmy w nim prawie trzy miesiące.

tu przeczytasz część drugą #2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *