Poniższy tekst mojego autorstwa jest fikcją literacką inspirowaną prawdziwym życiem.
Może odnajdziesz w nim swoje małe co nieco lub też małe Conieco, które tak lubił Kubuś Puchatek:)
I zdecydowanie nie będzie to przekąska.
Zapraszam do lektury pierwszego fragmentu.
Masza Grander

spokojny, rodzinny poranek… to tak można?

– Mamo! Mamo!!! – Zuza, z miną wyrażającą święte oburzenie, stanęła w drzwiach łazienki.
– Nie pójdę tak do szkoły! Jak ja wyglądam, no spójrz! – teatralnym gestem skierowała dłonie na swoją niewielką osobę. Podniosłam głowę znad umywalki.
– Widzisz jak wyglądam?! – powtórzyła zirytowana.
– Normalnie – wzruszyłam ramionami. – Jak wkurzona jedenastolatka.
– Mamo! Nie widzisz?! Biust mam! Nie pójdę tak do szkoły – tym razem tupnęła krzyżując ręce na piersiach.
– Z biustem nie pójdziesz? – spytał mąż i ojciec, wchodząc do łazienki.
Gdyby wzrok mógł zabijać, pod spojrzeniem Zuzy padłby trupem na miejscu. Nie zdążyła się odgryźć, bo z pokoju Kluski dobiegł płacz. Po chwili wyła już jak syrena okrętowa. Westchnęłam i odłożyłam tusz. Ledwo przekroczyłam próg pokoju małej, z łazienki dobiegł krzyk Michasia:
– Mama, kupa!
Mama… Przecież obok jest tata. Krzyknęłam do męża:
– Wytrzyj mu zadek, Klusi pielucha przesiąkła. Muszę ją przewinąć.
– Nie tata, mama! Ja chcę ciebie, ja ciebie kocham! – darł się Michaś.
Usłyszałam zdecydowany głos męża, wrzask syna i po chwili szlochający Michaś złapał mnie za nogę.
– Bo ja cię kocham… – chlipał. – Tatę też, ale ty lepiej pupę wycierasz. Teraz taty nie kocham.
Pocałowałam Klusię, odłożyłam ją do łóżeczka i przytuliłam synka.
– Ja też cię kocham słoneczko. Tatuś też. Nie płacz już, zaraz pojedziemy razem do przedszkola.
– Nie chcę do przedszkola! Ja już tam byłem, wypisuję się – znowu się rozbeczał. Westchnęłam. Pocałowałam go w czubek głowy i poszłam do Zuzy. Demonstracyjnie siedziała na łóżku, wciąż ze skrzyżowanymi ramionami.
– Zuziu, spóźnisz się kochanie – powiedziałam łagodnie siadając obok niej.
– No i co z tego – kopnęła pluszaka leżącego na podłodze. Rozejrzałam się po pokoju. Pandemonium…
– Tak, wiem, mam bałagan. No i co z tego? – powtórzyła.
– Córeczko, załóż stanik, który nosisz na treningi. Wieczorem wyskoczymy do sklepu.
– Same? – chlipnęła Zuza.
– Same – powiedziałam całując ją we włosy. Mam nadzieję… – dodałam w myślach.
– Kiedy ma przyjść pani Ania? – mąż wsadził głowę do pokoju Zuzi. – Kluska znowu ma brudną pieluchę. Co ona jadła? Zuza, zbieraj się, musimy zaraz wyjść.
– Już powinna być. Michasiu! Idziemy! – krzyknęłam do synka.
– Zjadałaś śniadanie? – spytał mąż.
– Nie zdążyłam, zjem w pracy. A ty?
– Też w pracy. Mam z wczoraj. Wiesz, takie przyziemne rzeczy jak jedzenie nie są w firmie mile widziane – zaśmiał się z przekąsem dając mi buziaka na do widzenia.
– Wiem – odparłam. – Kochanie, musimy coś tym zrobić. Z pracą, czasem. Odzyskać życie.
– Tak, ale teraz nie pogadamy. Lecę. Zuzia! – i polecieli.

– Jestem, przepraszam, musiałam mężowi leki wykupić – pani Ania wparowała jak pocisk.
– Chory? Oj, niedobrze – zmartwiłam się.
– Gdzie tam chory. Zadka mu się nie chciało ruszyć – wzruszyła ramionami.
– Aha, rozumiem. Nie, właściwie nie rozumiem – przyznałam.
– Leniwy jest. Jakbym nie poszła, to by leków na nadciśnienie nie wziął. Bo mu się skończyły. Dla niego proste. A ja głupia latam, bo się martwię.
– Ech pani Aniu, pani powinna trochę bardziej o sobie pomyśleć. Odpocząć, wyjechać.
– Ależ ja nie chcę! Nigdzie nie chcę wyjeżdżać, broń Boże. Na działeczkę pójdę, to mi wystarczy. Do Kluseczki przyjdę, odpocznę.

Pakując do fotelika wierzgającego Michasia zastanawiałam się czy ja mam zbyt wygórowane oczekiwania od życia? Pójść do teatru, do kina, na kolację we dwoje. Wyjechać na weekend i zwiedzić jakieś piękne miasto. Połazić po górach, popływać kajakiem. Martwić się jedynie o to, żeby już przestało lać, mieć suche ciuchy i coś ciepłego w żołądku. Poczytać. Nienawidzę pracy w korporacji. Kocham rodzinę, kocham swoje dzieci, ale czuję, że żyję obok. Obok swojego życia. Nie czuję radości. Po prostu mija mi czas. Co się ze mną dzieje?!

Michaś po pierwszym kilometrze zapomniał, że wypisuje się z przedszkola. Rozradowany po raz trzeci opowiedział mi o nowym koledze, z którym zbudowali najwyższą wieżę z klocków. I ona, ta wieża, tak superowo się zawaliła, że spadła na Zosię, a chłopcy za karę musieli stać w kącie. Fajnie było.

tu przeczytasz część drugą #2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *