niech moto cieszy oko

(gościnna seria „Pod kaskiem między uszami”)

tu przeczytasz część drugą #2

W związku z tytułem magistra inżyniera, ale budownictwa, na dodatek po stronie papierów, a nie żelbetów, miałem tak dosyć projektowania zawodowo, że hobbystycznie postanowiłem wszystko robić bez projektu. I tu poniosłem całkowitą klęskę. Życiowe nawyki mnie zwiodły i ani się obejrzałem, a zacząłem coś szkicować na kalkach, a potem – o zgrozo – kreślić w CAD-dzie. Zresztą technologia zwana z angielska CAD – cardboard aided design (kartonowe wspomaganie projektowania) jest technologią bardzo przydatną w projektach domorosłych customizerów. Inaczej: custom i zero. Cośtam i zero. W ten oto sposób zostałem prawdziwym Cośtamizerem, a efekt moich prac to rasowy Cośtam.
Ale zanim był efekt, była droga. Zen. Samorozwój.

Jako wybitny specjalista od wszystkiego – poza mechaniką, pneumatyką, hydrauliką, zapłonem, napędem, tapicerstwem, lakiernictwem, smarowaniem, chłodzeniem i elektryką – zabrałem się za retorykę i estetykę. Wymyśliłem dla projektu nazwę, skonsultowałem ją z szerokim przekrojem społecznym, skorygowałem, gdyż ponoć brzmiała… hmm, źle, wymyśliłem stylizowany na lata ’60 napis dla tej nazwy i niezwykle zabawne logotypy na boczne plastrony, które niczym tatuaż jednoczą moją osobę z moim projektem. Długo też poszukiwałem nazwy dla typu jednośladu, jaki miał powstać. Wszak rasowy Cośtam może być bobberem, cafe racerem, trackerem, scramblerem, street trackerem dirt trackerem, flat trackerem, czego dowiedziałem się z bikexifa, więc to prawda. U mnie padło na city trackera. Przy pomocy dalekowschodniego serwisu zakupowego, w pocie czoła i znów po nocach, nakupiłem lampeczek, migaczyków, liczniczków, potem innych, ale już działających liczniczków z podświetleniem, akcesoryjnych klamek, wydechów, podnóżków i handbarów. Nie, nie od razu, to było polowanie, to były łowy na raty.

Obmyślałem jedyny właściwy kształt kanapy. Z efektów tej ciężkiej pracy jestem bardzo zadowolony i głęboko z tyłu w majtach mam to, co ewentualnie sądzi o nich szeroki przekrój społeczny. Niczym geniusz, niczym Napoleon, albo niczym pan Arkadiusz z Bayer Full – idę swoją ścieżką, wiem co wiem, wiem to najlepiej i nie oglądam się na boki.
Kto Cośtamizerowi zabroni?!
Jestem dumny z osiągniętego efektu estetycznego. No, powiedzmy: wizualnego. W czasie tej mojej naprawdę ciężkiej pracy nad naklejkami z folii samoprzylepnej i nocnymi zakupami, kumple z serwisu zajęli się mniej ważnymi kwestiami: wyszkiełkowali i pomalowali silnik, skrócili tył ramy, wygięli i dospawali połączenie (i to ściśle wg moich wskazówek, i trzymałem jak Jaca spawał!), dali do ocynku i chromowania wszystkie wykręcone i wydłubane przeze mnie dynksy i śrubki, dali do lakieru koła, ramę, golenie i kilka pierdół (z czego kilka, jak się później okazało, kluczowych, nigdy z lakierni nie wróciło lub też nigdy do niej nie pojechało). Graty po lakierni cieszyły oczy i wyglądały jak nowe. Sypiałem więc zadowolony i spokojny, bo myślałem, że staranne opisy na torebeczkach nadal coś zmieniają po tym, jak wszystkie posortowane w nich śrubki poszły razem do ocynku i wróciły nanizane jak koraliki na drucikach.

*** ciąg dalszy nastąpi ***

Foto: doyar / archiwum własne

Jeden komentarz

  1. Nie sądziłam, że tak wciągnie mnie tekst o składaniu motocykla 😀 Najpierw zmroziły mnie zwłoki z pierwszej częsci, a teraz niecierpliwie czekam na wieści co ze śrubkami?! Ale poza humorystyczno-kryminalnym aspektem, myślę, że wiem o czym mówisz. Gdy zafiksuję się na jakimś pomysle, potrafię nie spać po nocach, by go zrealizować. I wtedy nieważne,że niewyspana, ważne, że jest radocha i oderwanie się od codzienności.

    Gocha

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *